Polski system wsparcia nauki i przedsiębiorczości deklaruje promowanie innowacji, ale w praktyce generuje konflikty, niepewność i przerzucanie ryzyka na twórców oraz przedsiębiorców. Zdaniem mec. Łukasza Chaci wspólnika kancelarii Karaś Chacia i Wspólnicy problem ma charakter strukturalny – państwo, zamiast być stabilizatorem, bywa uczestnikiem ryzyka, które samo stworzyło.
Efektem jest rosnąca nieufność w całym ekosystemie. Innowatorzy obawiają się inwestorów, inwestorzy obawiają się państwa, a przedsiębiorcy coraz ostrożniej podchodzą do programów pomocowych.
Nauka i wynalazcy bez realnej ochrony systemowej
Polska nauka i sektor deep-tech funkcjonują w przestrzeni instytucjonalnej luki między laboratorium a rynkiem. Twórca technologii często nie ma profesjonalnego wsparcia negocjacyjnego, nie dysponuje realnymi narzędziami ochrony przed silniejszym kapitałem i nierzadko oddaje kontrolę nad projektem, nie rozumiejąc w pełni konsekwencji prawnych i biznesowych. Jak podkreśla mec. Łukasz Chacia, problem nie dotyczy pojedynczych konfliktów, lecz całej konstrukcji systemu.
– Polska nauka i innowatorzy funkcjonują w próżni instytucjonalnej. Między etapem badań, a etapem komercjalizacji brakuje stabilnych mechanizmów ochronnych, które równoważyłyby pozycję twórcy wobec kapitału. W efekcie wynalazca często staje się najsłabszym ogniwem projektu, który sam stworzył – wskazuje adwokat.
Polski system wsparcia innowacji relatywnie dobrze radzi sobie z finansowaniem etapu badań i rozwoju. Granty publiczne pozwalają pozyskać kilka, a nawet kilkadziesiąt milionów złotych na stworzenie prototypu, przeprowadzenie badań czy zbudowanie infrastruktury. Na tym etapie państwo realnie wspiera powstanie przełomowych technologii. Problem zaczyna się jednak w momencie przejścia do komercjalizacji.
– Instytucje finansujące często zakładają, że skoro powstało odkrycie i są obiecujące wyniki, to najtrudniejsza część drogi została pokonana. Tymczasem wejście na rynek wymaga zwykle inwestycji co najmniej kilkukrotnie większych niż sam etap B+R. Nie chodzi tu tylko o ochronę IP i budowę zespołów sprzedażowych (z tym inwestorzy sobie poradzą), ale o skalowanie produkcji i przeniesienie jej z etapu laboratoryjnego do komercyjnego. To właśnie tutaj pojawia się luka: finansowa i instytucjonalna – mówi Łukasz Chacia.
W tym momencie naukowiec zostaje często sam z technologią i zespołem, a do gry wchodzi inwestor dysponujący kapitałem i przewagą negocjacyjną. Jeżeli jego intencje nie są długofalowe, może pojawić się pokusa przejęcia kontroli nad spółką i nad efektami prac sfinansowanych ze środków publicznych. W ten sposób ryzyko zostało pokryte pieniędzmi państwa, a potencjalna wartość może zostać szybko skapitalizowana i przeniesiona poza kraj.
Paradoksalnie taki scenariusz rzadko jest korzystny nawet dla samego inwestora. W technologiach deep-tech kluczowe know-how jest silnie związane z twórcą i zespołem badawczym. Konflikt lub odsunięcie wynalazcy często prowadzi do zatrzymania rozwoju i gwałtownego spadku wartości projektu. Bez ciągłych inwestycji, dynamicznego rozwoju i współpracy z twórcą technologia szybko traci atrakcyjność.
Luka komercjalizacyjna nie jest więc wyłącznie problemem braku pieniędzy. To problem systemowy: brak mechanizmów, które chroniłyby interes twórcy, państwa i odpowiedzialnego kapitału na etapie przejścia od laboratorium do rynku.
Symbolicznym przykładem napięć na styku innowacji i kapitału jest spór wokół Saule Technologies oraz jego współzałożycielki Olgi Malinkiewicz. Niezależnie od oceny konkretnej sprawy, sytuacja ta pokazała, jak szybko narracja o wspieraniu polskiej technologii może przekształcić się w konflikt o kontrolę, wpływ i prawa do kluczowych rozwiązań. Takich sytuacji było jednak znacznie więcej, podobny los spotkał spółkę Ammono (producenta najbardziej zaawansowanych kryształów z azotku galu – nowego półprzewodnika bardziej wydajnego od krzemu).
– To nie jest kwestia personalna, lecz systemowa. Jeżeli twórca technologii nie ma zaplecza instytucjonalnego i prawnego porównywalnego z inwestorem, to konflikt prędzej czy później staje się niemal nieunikniony – podkreśla Łukasz Chacia.
Brak zaufania w relacji innowator – inwestor – państwo
Zdaniem eksperta w Polsce nie wykształcił się stabilny ekosystem zaufania, ani na poziomie kontraktowym, ani instytucjonalnym, ani kulturowym. Każda ze stron rynku przyjmuje wobec pozostałych postawę asekuracyjną.
– Start-upy często zakładają, że inwestor docelowo przejmie nad nimi kontrolę. Inwestorzy zakładają, że founder nie ujawnia wszystkich ryzyk. Państwo z kolei projektuje programy wsparcia tak, jakby z góry przyjmowało, że przedsiębiorca będzie próbował je nadużyć. Wszyscy zabezpieczają się kosztem wszystkich – zauważa mecenas.
Taki model relacji prowadzi do rozbudowanych zabezpieczeń umownych, nadmiernej formalizacji oraz wzrostu kosztów transakcyjnych. W efekcie energia, która powinna być skierowana na rozwój technologii i skalowanie biznesu, jest konsumowana przez działania ochronne.
Państwo jako „drapieżczy regulator” zamiast partnera
Kolejnym problemem jest sposób wykonywania zadań publicznych. Państwo coraz częściej deleguje realizację programów do wyspecjalizowanych podmiotów, jednocześnie unikając odpowiedzialności za stabilność i przewidywalność zasad.
Przykładem jest działalność Polskiego Funduszu Rozwoju w ramach tarcz finansowych. Pomoc była masowa, szybka i oparta na uproszczonych oświadczeniach składanych w warunkach kryzysu. Po kilku latach rozpoczęły się jednak intensywne weryfikacje ex post i często bezzasadne pozwy skierowane wobec ponad 16 tys. firm.
– Nie kwestionuję potrzeby kontroli środków publicznych. Problem pojawia się wtedy, gdy weryfikacja następuje po latach, przy zmienionej interpretacji zasad i bez jasnych, proporcjonalnych kryteriów. Beneficjent przestaje być partnerem programu, a zaczyna być traktowany jak podejrzany – ocenia wspólnik kancelarii Karaś Chacia i Wspólnicy.
W ocenie eksperta taki model działania podważa zaufanie do państwowych instrumentów wsparcia. Przedsiębiorcy zaczynają kalkulować nie tylko potencjalną korzyść z programu, lecz również ryzyko wieloletniego sporu z instytucją publiczną.
Powtarzalny model – bon energetyczny i spółki Skarbu Państwa
Zdaniem mec. Chaci problem nie ogranicza się do jednego programu czy jednej instytucji. Analogiczne mechanizmy widoczne są przy programach NCBiR (w lutym 2024 r. głośne było wypowiedzenie umów za rzekomo złożenie nieprawdziwych oświadczeń finansowych), czy ostatnio przy rozliczaniu bonów energetycznych przez spółki Skarbu Państwa. Choć tu na plus trzeba wskazać, ze państwo wprowadziło ostatecznie rozwiązania ustawowe rozwiązujące w dużej mierze problem.
W takich sytuacjach państwo ustanawia program, deleguje jego wykonanie, a następnie dystansuje się od skutków chaosu interpretacyjnego. Ryzyko systemowe zostaje w praktyce przerzucone na obywatela lub przedsiębiorcę.
– Jeżeli reguły gry są nieprecyzyjne na starcie, a ich interpretacja zmienia się po czasie, to trudno mówić o stabilnym środowisku dla inwestycji i innowacji. Przewidywalność prawa jest warunkiem sine qua non rozwoju technologicznego i kapitałowego – podkreśla adwokat.
Największy problem: brak przewidywalności i odpowiedzialności
Ekspert wskazuje, że kluczowym wyzwaniem nie jest niedobór środków finansowych przeznaczanych na wsparcie nauki czy przedsiębiorczości. Problemem jest brak stabilności i długofalowej wizji rozwoju tego sektora.
– Największym problemem polskiego systemu wsparcia nie jest brak pieniędzy. Jest nim brak przewidywalności, zaufania i długofalowej wizji. To właśnie ten deficyt zabija gotowość do podejmowania ryzyka technologicznego, skalowania biznesu i korzystania z instrumentów publicznych – podsumowuje Łukasz Chacia.
W ocenie eksperta bez odbudowy zaufania między twórcami, kapitałem i państwem nawet najlepiej finansowane programy nie spełnią swojej roli. Innowacja wymaga nie tylko kapitału, lecz przede wszystkim stabilnych i uczciwych reguł gry.














Leave a Reply